
Książkę Anny Cieplak polecano mi z wielu stron, przede wszystkim jako wybitną polską prozę współczesną.
Lata powyżej zera miały być "pokoleniowym manifestem, opowieścią o dojrzewaniu w specyficznym okresie, kiedy dziecko miało już prawa i możliwości, a jednocześnie nie bardzo było wiadomo co z tymi prawami robić i jak z tych możliwości korzystać. Był to czas zapatrzenia w zachodnich sąsiadów, ale w polskim wydaniu. Jednak na końcu był to po prostu kolejny charakterystyczny okres na dojrzewanie, który miał swoje specyficzne wady i zalety, ale któraż dekada ich nie ma. Główna narratorka Anita przypomina nam te czasy, szalone lata, w których świat wyglądał tak inaczej niż dzisiaj i pokazuje, że część rzeczy się zmienia, ale część nie.
Oczywiście jako klasyczny milenials dorastający w latach 2000+ z miejsca dałam się na to złapać, wszak jak większość lubię sentymentalnie powspominać i ponarzekać, że kiedyś to było, a teraz już nie jest. Uznałam też, że tak polecana książka z pewnością zaoferuje mi znacznie więcej niż tylko wspólne odniesienia z przeszłości, więc połączę miły sercu temat i dobrą literaturę...
Obserwujemy tę bardzo powolnie toczącą się historię oczami jednej osoby, z którą ja na przykład nie za bardzo byłam w stanie się utożsamić. Żyłam inaczej, gdzie indziej (mam na myśli wielkość miasta), miałam inne doświadczenia i podejmowałam inne decyzje. I choć wiekowo prawdopodobnie różni nas niewiele, to podczas lektury miałam zaledwie przebłyski połączenia. Jedną z rzeczy, którą współodczuwałam najmocniej były strachy, o tak, te rozpoznaję bardzo dobrze. To jednak nie zmienia faktu, że mam wrażenie, że Lata powyżej zera to jednak najzwyklejsza próba nawiązania do wspólnych sentymentów w pięknoliterackiej otoczce.
Skądinąd zaczynam mieć wrażenie, że coraz więcej współczesnej polskiej literatury pięknej opiera się na przepracowywaniu swoich doświadczeń (czy traum) i sentymentalnych osobistych powrotach w przeszłość licząc, że czytelnik będzie miał podobne przeżycia i uczucia. Oczywiście ponieważ wychowywałam się w Polsce w podobnym czasie, to i u mnie włącza się tryb ciepłych wspominek za tym co było, ale to nie sprawia, że automatycznie coś nas łączy, a sama historia musi poruszyć we mnie wszystkie czułe struny. To po prostu tak nie działa.
Nie porwała mnie ta opowieść, nie za bardzo umiałam się w nią zaangażować, odkładałam ją wiele razy. Były lepsze i gorsze momenty, więc ostatecznie ją dokończyłam, ale nie powiem, że była to "moja" książka. Choć paradoksalnie najmocniejsze było właśnie zakończenie - zaskakujące, dotykające strachów, które zna chyba każdy milenials. Doceniam ten zwrot akcji, a może raczej konsekwencję akcji, podobnie jak warstwę literacką, ale mnie Lata powyżej zera do siebie nie przekonały, a szkoda, bo miałam spore nadzieje.