środa, 17 lutego 2016

Tydzień Schmitta - Dzień 4. Kobieta w lustrze


Tytuł: Kobieta w lustrze

Autor: Eric-Emmanuel Schmitt

Wydawnictwo: Znak
Data wydania: 2012
Liczba stron: 457
Tłumacz: Łukasz Muller
Kategoria: Literatura piękna
Ocena: 7/10





Czwarty dzień tygodnia ze Schmittem postanowiłam poświęcić książce Kobieta w lustrze. Dlaczego tej? Z trzech powodów. Po pierwsze jest to dużo mniej znana książka Schmitta niż te opisywane przeze mnie dotychczas. Po drugie jest dużo grubsza niż zwykle pisane przez Schmitta książki. Po trzecie i być może najważniejsze – w odróżnieniu od wielu innych książek Kobieta w lustrze wyzwala we mnie ambiwalentne uczucia.



Kobieta w lustrze to przeplatanka opowieści trzech kobiet – młodej aktorki prowadzącej wyniszczający tryb życia, pięknej arystokratki będącej młodą mężatką osaczoną przez dobre rady i szukającą swojej drogi oraz młodej kobiety – mistyczki, która ma poczucie, że droga dla niej została wyznaczona ale jeszcze jej nie znalazła. Bohaterki są osadzone w różnych czasach, mają różne zainteresowania i różne przeżycia. Jak łatwo się domyślić, w jakiś sposób opisane przygody doprowadzą nas do wspólnej konkluzji.

Dlaczego książka jest inna? Przede wszystkim, we wszystkich dotychczas przeczytanych przeze mnie książkach Schmitta, narracja jest jednotorowa – dotyczy jednego opowiadania. Kiedy opowiadanie się skończy, zaczyna się następne – w przypadku zbiorów opowiadań, lub jedna książka to jedno opowiadanie. Tutaj jest zupełnie inaczej, opowiadania się przeplatają. Przez ponad połowę książki miałam wrażenie, że czytam jednocześnie trzy opowieści co chwilami wprawiało mnie w lekkie zakłopotanie, bo wymagało jednak trochę skupienia aby się nie pogubić. Co jednak istotne – miałam wrażenie, że czytam trzy opowieści, a nie trzy wątki jednej opowieści. Oczywiście – po przeczytaniu całości rozumiem zamysł autora, ale mimo wszystko, po raz pierwszy do poukładanego świata książek Schmitta wkradł się chaos i wcale nie jestem pewna, czy dobra literatura ten chaos wyrównała.

Po drugie czytając tę książkę miałam kilka razy wrażenie, że sam autor nie jest przekonany do swojego pomysłu. To dziwne uczucie zalęgło się we mnie przede wszystkim przez wątek Idy – bliskiej kuzynki jednej z bohaterek. Nie mogłam pozbyć się wrażenia, że autor doskonale przemyślał początek i koniec książki oraz same postacie. Bohaterki są wyraziste i spójne, ich działania nie są przypadkowe a całość definitywnie i dość jednoznacznie prowadzi do końcowej sceny. Jednak środek książki zamiast tworzyć historię, stał się jak dla mnie sklejką między początkiem, a końcem. Jest to tym bardziej zaskakujące, ponieważ książka ma jak na standardy Schmitta zadziwiającą długość, bo aż 457 stron. Przy dotychczasowych normach do 240 stron w przypadku zbioru opowiadań, jest to dość niezwykłe i poniekąd obiecujące (w końcu obietnica 457 stron czytelniczej uczty brzmi wspaniale prawda?). Oczywiście – u Erica - Emmanuela Schmitta nawet sklejka to dobra książka, ale nie zachwycająca. Nie było efektu wow.

Po trzecie pierwszy raz odkąd czytam książki Schmitta, a przeczytałam ich 13, nie czułam się związana z postaciami. Nie identyfikowałam się z nimi w żaden sposób. I nie chodzi o to, że nie podobały mi się, były stworzone niekonsekwentnie czy w sposób nierealny. Nie. Po prostu brzmiały jak postacie.. z kartek. Nie z rzeczywistości. Nie wiem jak to dokładnie opisać, ale wiele książek, nawet tych opisujących zdarzenia i ludzi sprzed 100 czy 300 lat, potrafi wywołać we mnie wrażenie „jakbym była tą postacią”. Tym razem to się nie udało. Bohaterowie, a konkretnie bohaterki, nie wywołały we mnie takich uczuć.

Książka jest głęboka, opisuje perypetie kobiet z niezwykłą starannością, a początek i koniec książki są takie jak u Schmitta lubię, mocno zarysowane i nawet jeśli spodziewane to fantastycznie opisane. Ale środek powieści był odrobinę rozczarowujący, książka mnie trochę nawet zmęczyła, co jest naprawdę niespodziewane u mnie kiedy czytam książki akurat tego autora. Poza analizą bohaterek jest też poruszonych sporo wątków pobocznych wątek mistycyzmu i katolicyzmu w bardzo mocnych słowach, zwłaszcza pod koniec książki, wątek ról społecznych i tego jak ważne jest ich spełnienie. Oba te kierunki są bardzo mocne i bardzo dobre, doskonale widać, że Schmitt zna się na temacie, przedstawia wyraźną tezę i przedstawia argumenty, oczywiście ustami bohaterek.
Podsumowując, ostatnie zdanie z okładki książki brzmi „W tym lustrze może się przejrzeć każda z nas.” Niestety mi się nie udało.

To jest dobra książka. Ale nie jest to Schmitt w mojej ulubionej odsłonie. Polecam, choć mniej niż pozostałe książki.
 

2 komentarze:

  1. myślę, że mogłabym się pokusić o przeczytanie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeśli czytałaś już jakieś inne książki Schmitta, to koniecznie - jest inna niż wszystkie. :)

      Usuń