czwartek, 31 stycznia 2019

Cytat tygodnia

Miłość – najbardziej zdradliwa choroba na świecie: 
zabija cię zarówno wtedy, gdy cię spotyka, jak i wtedy, kiedy cię omija.
 
- Delirium, Lauren Oliver -

wtorek, 29 stycznia 2019

„Caraval. Chłopak, który smakuje jak północ" Stephanie Garber

Tytuł: Caraval. Chłopak, który smakuje jak północ

Autor: Stephanie Garber

Cykl: Caraval
Tom: 1
Wydawnictwo: Znak Literanova
Data wydania: 2017
Liczba stron: 415
Tłumacz: Mateusz Borowski
Kategoria: Literatura młodzieżowa, Fantasy, Fantastyka
Ocena: 6/10


Caraval był jedną z tych młodzieżówek, o których słyszałam jednocześnie bardzo pozytywne oraz bardzo negatywne opinie. Trudno było mi zdecydować, które bardziej mnie przekonują więc stwierdziłam, że sprawdzę na sobie. Przedsylwestrowa noc wydawała mi się idealna na taką lekturę więc zasiadłam i błyskawicznie skończyłam. :D

Muszę powiedzieć, że jest to jedna z tych psychodelicznych, dziwacznych i nadzwyczajne pokręconych historii. Od pierwszych stron poznajemy dwie siostry - Scarlett i Donatellę zwaną Tellą. Dziewczęta mieszkają na odległej wyspie i są wychowywane przez okrutnego ojca, który postanowił wydać Scarlett za mąż. Scar to jednak nie przeszkadza, bo jest przekonana, że tylko małżeństwo ocali ją i Tellę przed ojcem. Wtedy niespodziewanie Scarlett dostaje list, a w nim trzy bilety na doroczną grę zwaną Caravalem. Obie dziewczęta były wychowywane w zachwycie nad Caravalem, a uczestnictwo w nim było ich wielkim marzeniem. Jednak od samego początku Caraval zadziwia swą baśniowością, ale i niepokoi. Scarlett i Tella zostają wciągnięte w grę w zupełnie niespodziewany sposób i nagle zabawa staje się walką o przeżycie.

To, co słyszałaś o Caravalu, nie wytrzyma porównania z rzeczywistością. 
To coś więcej niż tylko gra czy przedstawienie teatralne. 
Na tym świecie nie znajdziesz niczego równie magicznego.

Planner czyli czy to rzeczywiście taki rewolucyjny wynalazek?

Dzisiaj o książce, którą piszę sama, takiej która nie nadaje się do publikacji, ale za to mi ratuje tyłek tak regularnie, że... No właśnie. Dzisiaj o plannerze, który może nie jest superbohaterem dla całego świata, ale bohaterem w moim domu jest na pewno.

Zacznijmy więc od tego - dlaczego planner?

W moim przypadku odpowiedź jest prosta. Chciałam zmienić swoje życie. Wiem, wiem, teraz łapiecie się za głowę, że to brzmi tak coachingowo, że ze śmiechu można turlać się po podłodze. Ale wierzcie mi, naprawdę chciałam zmienić swoje życie. Tym razem jednak nie chodziło o jednorazową wielką zmianę, ale o zmiany dzień po dniu, tydzień po tygodniu.

Miałam dość tego ile rzeczy umyka mi z pamięci, jak często zapominam oddzwonić, załatwić, odebrać, zapytać... Ileż można. W efekcie często proste sprawy załatwiałam dwa razy dłużej, w dodatku poirytowana i zestresowana. Za każdym razem gdy postanawiałam coś zrobić w perspektywie długofalowej któregoś dnia wypadało mi coś co sprawiało, że zapominałam i szlag trafiał moją regularność. W końcu moim mottem było "co masz zrobić jutro, zrób dziś, bo do jutra o tym zapomnisz", a ja wiecznie nie miałam czasu na relaks. Ewentualnie potrafiłam zrobić sobie dwie maseczki jednego dnia, a potem przez kolejny miesiąc o ich robieniu zapominać. Życia nie ułatwiał mi też permanentny stres. Powiem Wam w tajemnicy, że w zasadzie to ja naprawdę bardzo nie lubię robić rzeczy na ostatnią chwilę. Dla mnie taki zryw w ostatniej chwili był tylko trochę motywujący, a za to zdecydowanie męczący, stresujący i niesatysfakcjonujący. Za każdym razem gdy był deadline myślałam, że kurcze naprawdę potrzebowałabym jeszcze dosłownie godzinki żeby zrobić to idealnie tak jak bym chciała, a już nie było na nią czasu.

Wiele razy próbowałam planowania ze zwykłymi kalendarzykami, ale nigdy mi się nie udało. Wiecznie brakowało mi miejsca, a w tych małych okienkach słowa zlewały się w jedną wielką słowochmurę i koniec końców nic z tego nie wynikało, bo potem sama nie wiedziałam gdzie co jest albo co oznacza. Potem postawiłam na większe kalendarze, ale te zwykle rozpadały się w połowie roku, a ja choć trochę wstyd to przyznać, gdy miałam gonić kartki po plecaku to ogarniało mnie zwyczajne zniechęcenie i moje planowanie kończyło się zwykle koło czerwca. Po jakimś czasie odkryłam zestawy do planowania typu bullet journal. Podobało mi się to, ale wiedziałam, że nigdy w życiu nie starczy mi czasu na zrobienie tego. Poza tym moje umiejętności plastyczne są wystarczające, aby ręcznie poprawić wykres w paincie lub wyrysować schemat spektrofluorymetru, ale jak każecie mi narysować kotka to będę musiała poprosić o wsparcie. Miałam głębokie przekonanie, że bujo nie jest dla mnie. Jednak to dało mi do myślenia, bo jeśli ktoś wymyślił bullet journal, to może są też plannery dla człowieka-orkiestry, który nie ma czasu zaparzyć sobie herbaty?
Impulsem do przeszukania sieci i popytania okazał się doktorat i wyprowadzka. Po dwóch tygodniach zrozumiałam, że jeśli szybko czegoś nie wymyślę to dosłownie utonę w rzeczach niezrobionych, zapomnianych, odłożonych, spóźnionych. Pytanie znajomych przyniosło tylko odpowiedź w postaci różnych kalendarzy akademicko-nauczycielskich, które jednak nie bardzo spełniały moje oczekiwania. Przeszukałam sieć i znalazłam kilka plannerów, ostatecznie wybierając Happy Planner w latach 2018 i 2019, Make it easy planner na 2020, a na 2021 chyba wybiorę ten od loveSimple. Happy Planner i Make it easy planner są genialne, a Simple calendar bardzo chciałabym przetestować!

Co mnie przekonało? 

Po pierwsze dobra jakość. Dla mnie priorytetem jest żeby planner roczny wytrzymał rok dręczenia, a przeczytałam dużo opinii szczęśliwych posiadaczy, że te książeczki wytrzymują naprawdę wiele. Żadnych artystycznych kołonotatników, za to metalowe okucia na rogach i porządna sztywna okładka.
Po drugie dużo miejsca i wiele możliwości oraz datowane strony. Od razu wiedziałam, że dla mnie jest planner dzienny, taki z harmonogramem godzinowym i listą rzeczy do zrobienia. Jest też kieszonka na jakieś ważne kartki lub naklejki oraz wstążkozakładki.

W Happy planerze na początku jest sporo sposobów na podsumowanie i pożegnanie poprzedniego roku i efektywne rozpoczęcie nowego. Na końcu jest miejsce na ważne wydarzenia, lista kontaktów, kilka arkuszy finansowych oraz cztery wolne strony. Na początku każdego miesiąca jest miejsce na notatki często jakieś miesięczne wyzwanie.

W Make it easy planner na początku każdego miesiąca jest plan miesiąca i plan finansowy, a na początku każdego tygodnia miejsce na zebranie na jednej stronie najważniejszych wydarzeń i planów. Na końcu są fitness plan kalendarz ćwiczeń, plan urlopowy, projekt plan i listą kontaktów, ważnych dat i haseł. Jest też kilka wolnych stron na końcu, które przeznaczyłam na noworoczną listę planów, bo tego mi w tym plannerze zabrakło, ale oprócz tego było doskonale.

Inne plannery często miały plany zajęć (które akurat mi już nie są potrzebne), sudoku, krzyżówki czy kolorowanki (które chętnie robię, ale nie w plannerze), mnóstwo powtórzeń kalendarzy, kartki dotyczące dzieci, szkicowniki, miejsce na przepisy kulinarne, ciekawostki w stylu lista brytyjskich miar i wag, flagi świata itd. Te rzeczy akurat naprawdę nie były mi potrzebne, a planner dzienny i tak jest bardzo ciężki.
Po trzecie karta celu czyli 30 - dniowe wyzwanie. Świetny sposób aby naprawdę zobaczyć naocznie czy coś mi się udaje czy nie i znajdować motywację aby w małych kroczkach dążyć do wymarzonych celi.
W obu plannerach jest na to miejsce - w Happy planerze na początku każdego miesiąca i nie skłamię gdy powiem, że było tego dla mnie ciut za dużo. W Make it easy planner jest tylko jeden na rok i to z kolei dla mnie ciut za mało. No wiem - nie dogodzisz babie. :D

No dobrze, jak mi poszło?

Jestem z siebie bardzo dumna - to już dwa lata planowania. W tym okresie korzystałam z Happy plannera od Madamy. Zapisywałam plan dnia, wszystkie spotkania, prezentacje, rzeczy do zrobienia, niektóre domowe obowiązki. Odhaczałam zrobione, a te z którymi nie zdążyłam przepisywałam na inny termin. Nic nie odchodziło w zapomnienie. Korzystałam z wolnych stron i zapisywałam sobie istotne informacje, które potem bez problemu odnajdywałam. Z każdym miesiącem coraz lepiej szło mi decydowanie o tym co jest priorytetem dnia, za co jestem wdzięczna, co zrobiłam dla siebie i co zrobiłam dla swojego zdrowia (dodatkowe rubryki każdego dnia). Korzystałam z maili od Madamy, które obwieszczały różne miesiące jako "miesiąc produktywności", "miesiąc motywacji" czy "miesiąc wdzięczności" i czasami realizowałam zawarte w nich podpowiedzi lub zapisywałam motywujące cytaty, które naprawdę wywoływały wzrost mojej energii do robienia. Kilka razy udało mi się także użyć kolorowych naklejek urozmaicając mój planner co jest prawdopodobnie i tak szczytem moich umiejętności samodzielnego upiększania. 
Planowanie i realizowanie zaplanowanych rzeczy szło mi tak dobrze, że moje otoczenie chwaliło mnie za to na każdym kroku. Ogarniałam o 350% rzeczy więcej z pozytywnym skutkiem niż przed rokiem. Nie zapomniałam chyba o żadnej ważnej rzeczy i nie zniechęciłam się w trakcie, co jest moim osobistym wielkim sukcesem.

Nie oznacza to jednak, że wszystko mi wyszło. Nie wykorzystałam arkuszy finansowych. Początkowo karty celu były wypełnione od brzegu do brzegu, ale później bywało to różnie. Miałam problemy z wyznaczaniem małych celi, ale dzisiaj już wiem jak to robić lepiej. Dodatkowo super podsumowanie poprzedniego roku i dobre wyznaczenie planów na kolejny rok na początku mnie speszyło i w efekcie kilka rubryk wypełniłam, a resztę dopiero dokończyłam w lipcu. Szkoda, bo gdybym jednak to zrobiła wcześniej, łatwiej byłoby mi planować te mniejsze cele i nie traciłabym czasu, a od razu kształciła pozytywne nawyki. Ale cóż zrobić, wyciągam z tego lekcję i następnym razem zrobię to lepiej.  

Nie korzystałam z harmonogramu stałego, bo takowego nie miałam. Nie były też dla mnie praktyczne plany duże czyli rozkład miesiąca na jednej kartce. Oprócz tego wszystkie części mojego plannera okazały się użyteczne. :)

Zobaczymy jak w tym roku pójdzie mi z nowym formatem czyli make it easy planner, który ma nieco mniej upiększaczy, ale wciąż jest naprawdę poważnym kompanem w planowaniu. ;)

Co mogłoby mi się jeszcze przydać, a czego w plannerze nie było?

Hmmm... Tak naprawdę uważam, że wszystko co niezbędne miałam. Mogłabym mieć dodatki w stylu "lista rzeczy do zrobienia raz na kwartał", "lista rzeczy do posprzątania raz na rok", ale znajduję to w internecie i sama uzupełniam, bo mam na to miejsce. W nadchodzącym roku dopiszę chyba sezony niektórych owoców i warzyw. Zastanawiam się jeszcze nad swoim życiem sportowym, ale to na tyle skomplikowany temat, że na razie staram się ogarniać to na co dzień osobno. 

Jak po dwóch latach oceniam moje plannery?

BARDZO POZYTYWNIE. Planner zmienił moje życie. Naprawdę! Udaje mi się realizować pięć razy więcej rzeczy niż wcześniej. Dzień jest o wiele bardziej produktywny, a ja zdecydowanie lepiej ogarniam swoje życie. Wielkie straszne rzeczy udaje mi się robić stopniowo małymi kroczkami co zmniejsza mój stres, a nawet czasami zaczynam odczuwać z tego satysfakcję. Nigdy nie umówię się w dwa miejsca o tej samej godzinie, zawsze pamiętam komu miałam wysłać streszczenie seminarium, a komu prezentację, wiem co miałam kupić, co miałam załatwić, a co może chwilę poczekać. Dodatkowo, zapisane plany są bardziej realne. Kiedy na nie patrzę potrafię się zorientować jak to najbardziej efektywnie rozłożyć w czasie albo kiedy liczba planów przerasta moje możliwości i z czegoś trzeba zrezygnować. Muszę jeszcze trochę popracować nad motywacją do robienia rzeczy nie na czas, ale to już trochę inna bajka.
Muszę Wam powiedzieć, że dzisiaj nie wyobrażam sobie mojego życia bez plannera. Serio. Co więcej myślę, że moi bliscy także nie wyobrażają sobie życia bez mojego plannera. Bardzo szybko okazało się, że moja lepsza połowa chętnie korzysta z mojej niezawodnej pamięci, a ostatecznie sam przekonał się do prowadzenia męskiej wersji kalendarza. Dzięki temu jeśli coś można ustalić i zaplanować, to my z tego korzystamy, a efekt jest naprawdę niesamowity. Zapytacie co dzięki temu zyskujemy?
Przede wszystkim zyskujemy oboje na tym, że ja pamiętam o rzeczach i wiem co i kiedy trzeba ogarnąć. To przecież nie oznacza, że ogarniam to sama! :) Uczciwie się dzielimy obowiązkami i zadaniami, a za to kłócimy się o 75% mniej, bo odpadła nam większość sporów o głupoty. Udaje nam się rzeczy rozplanować w taki sposób, że jeśli ktoś musi zostać dłużej w pracy albo chce iść do kina to pomimo naszego bardzo załadowanego wydarzeniami życia można to spokojnie zrealizować. Kupno prezentu na parapetówkę albo chipsów gdy przychodzą do nas znajomi można doskonale zaplanować "po drodze" bez specjalnej fatygi i przypominania sobie o tym gdy właśnie weszło się do mieszkania. Nie ma obaw, że nie posprząta się przed przyjściem babci albo że każde z nas czeka aż coś zrobi to drugie. W kwestiach logistyczno-technicznych dogadujemy się praktycznie bez pudła i w dużej mierze zawdzięczamy to plannerowi. 

Zyskałam też bardzo dużo czasu i trochę zmieniłam tryb życia. Kiedyś kompletnie nie wychodziło mi robienie rzeczy "po drodze" albo "przy okazji". Teraz nie mam pustych przebiegów i zawsze wiem, że dzisiaj trzeba podejść po chleb, jutro zajrzę do pasmanterii, a pojutrze trzeba kupić kartkę na dzień babci. Muszę wyjść z mieszkania kupić coś w pobliskim sklepie, to zabieram ze sobą śmieci i klucz do skrzynki pocztowej. Dzięki takiej wydajności nagle mam dużo więcej czasu na robienie tego co lubię! :)

Nie do przecenienia jest też mój spokój ducha. Znacznie rzadziej jestem w biegu czy pośpiechu. Lubię też być osobą, na której można polegać, a dzięki plannerowi nie tylko mogę, ale i po prostu taka jestem. Pamiętam o ostatnim terminie na przesłanie abstraktu na konferencję, chętnie przypomnę  współdoktorantkom o spotkaniu czy dosłaniu prezentacji, a mojej Drugiej Połowie o kupieniu żarówek.

Chcę też powiedzieć o jednej, bardzo niedocenianej rzeczy.
Często kończymy dzień z poczuciem, że niewiele dzisiaj zrobiliśmy. Mamy wrażenie, że to nie był udany dzień, bo nie udało się wykonać tego, tego, tamtego i tego też nie. Kiedy takich dni jest więcej zaczynamy odczuwać frustrację, smutek i zniechęcenie.
Tymczasem gdy zaczęłam zapisywać co danego dnia zrobiłam, to zrozumiałam, że nie ma mowy o "bezproduktywnym dniu". Nie mam prawa myśleć, że ten dzień zmarnowałam, bo zrobiłam 12 różnych rzeczy, a to, że 13tej już nie zdążyłam to no na naprawdę... Wreszcie widzę, że to nad czym mogę pracować to więcej lub mniej zadań, ale na pewno nie mogę tego rozpatrywać w skali "nic nie zrobione". To realnie poprawiło mój nastrój i moją satysfakcję z tego co tu i teraz.
Poza tym jeszcze dwa lata temu myślałam, że nie mogę dokładać sobie kolejnych aktywności, bo przecież jestem daleka od realizowania tych, które już i tak mam. Teraz doskonale widzę, że jeżeli podejdę do pewnych spraw realnie, a nie życzeniowo to spokojnie i mogę wygospodarować kilka godzin na dodatkową naukę, i na planszówkę wieczorem, i na przejście dwóch ostatnich przystanków pieszo dla rozruszania kości. I wierzcie mi lub nie, ale to było dla mnie bardzo wyzwalające.

Jak widzicie, może był to mały krok dla porządku wszechświata, ale wielki krok dla mnie. Kolejny planner już jest u mnie, a ja zaczynam się przygotowywać do jego wypełniania. Doświadczenia tego roku są świetną podstawą do wyciągnięcia wniosków na przyszły, a ja jestem znacznie szczęśliwsza. :)

To teraz powiedzcie mi czy korzystacie z plannerów, bullet journali albo ze zwykłych kalendarzy? A może zapisujecie sobie wszystko na kartach i udaje Wam się to okiełznać lub w ogóle macie wszystko w głowie? Co zdaje u Was egzamin w efektywnym planowaniu i niezapominaniu o ważnych rzeczach?

sobota, 26 stycznia 2019

„Władza absolutna" Remigiusz Mróz


Tytuł: Władza absolutna

Autor: Remigiusz Mróz 

 
Cykl: W kręgach władzy
Tom: 3
Wydawnictwo: Filia
Data wydania: 2018
Liczba stron: 416
Kategoria: Political fiction, sensacja
Ocena: 6.5/10




To już ostatnie spotkanie z bohaterami cyklu W kręgach władzy, a przynajmniej ostatnie pełnokrwiste książkowe. W nieodległej przyszłości zapewne spotkamy się z postaciami znanymi z książek na ekranie telewizorów, a znając autora jest więcej niż prawdopodobne, że będziemy mieli szansę spotkać ich także w innych książkowych cyklach.

Władza absolutna była w zasadzie naturalną konsekwencją dążeń bohaterów. Pojawiają się nowe możliwości objęcia władzy, kraj znajduje się na skraju chaosu, a mimo tego politycy (i nie tylko...) próbują ugrać coś dla siebie. Taki polityczny danse macabre. Ta książka jest chyba najbardziej dynamiczną spośród trzech wydanych w ramach cyklu, miałam wobec niej bardzo duże oczekiwania, bo po pierwsze poprzednie dwa tomy bardzo przypadły mi do gustu, a i liczyłam na rozwiązanie wszystkich tajemnic znanych nam z poprzednich części.

W polityce nie było potężniejszej broni od 
rozbijania społeczeństwa na dwa obozy.

czwartek, 24 stycznia 2019

Cytat tygodnia

  1. Nigdy nie wpadać w panikę. Zatrzymać się, oddychać, myśleć.
  2. Nikt o tobie nie myśli. Wszyscy myślą wyłącznie o sobie, tak samo jak ty.
  3. Nigdy nie zmieniać fryzury ani koloru włosów przed ważnym wydarzeniem.
  4. Nigdy nie jest tak dobrze, ani tak źle jak się wydaje.
  5. Rób innym, co tobie miłe np. nie zabijaj.
  6. Lepiej kupić jedną drogą rzecz, która naprawdę ci się podoba, niż kilka tanich, które podobają ci się tylko trochę.
  7. Mało co ważne jest naprawdę ważne. Jeśli jesteś przygnębiona pytaj samą siebie "Czy to jest aż takie ważne?"
  8. Klucz do sukcesu tkwi w sposobie, w jakim podnosisz się z porażki.
  9. Bądź uczciwa i dobra.
  10. Kupuj tylko takie ubrania, na widok których chce ci się tańczyć.
  11. Ufaj swojemu instynktowi, nie rozbuchanej wyobraźni.
  12. Kiedy spotyka cię jakaś tragedia, sprawdź, czy aby na pewno jest ona tragedią, w następujący sposób: a) pomyśl: "Pieprzyć to", b) poszukaj jasnych stron, a jeśli to nie skutkuje, poszukaj stron zabawnych. Jeżeli żadne z powyższych nie odnosi skutku, może rzeczywiście spotkała cię tragedia, więc wróć do punktów 1 i 5. 
  13. Nie spodziewaj się, że świat będzie bezpieczny, a życie fair.
  14. Czasami trzeba dać się ponieść prądowi.
  15. Nie żałuj niczego. Pamiętaj, że nic innego nie mogło się wydarzyć, biorąc pod uwagę, kim wtedy byłaś i jak wyglądał wówczas świat. Zmienić możesz jedynie chwilę obecną, więc z przeszłości musisz czerpać naukę.
  16. Gdy zaczynasz czegoś żałować i myślisz "Powinnam była...", zawsze pomyśl: "Mogła mnie przejechać ciężarówka albo wysadzić w powietrze japońska torpeda".

- Rozbuchana wyobraźnia Olivii Joules, Helen Fielding -

wtorek, 22 stycznia 2019

„Opowieści z piasku i morza" Alwyn Hamilton


Tytuł: Opowieści z piasku i morza

Autor: Alwyn Hamilton

Cykl: Buntowniczka z pustyni
Tom: 0.5 (3.5)
Wydawnictwo: Czwarta strona
Data wydania: 2018
Liczba stron: 80
Tłumacz: Agnieszka Kalus
Kategoria: Fantastyka, fantasy, młodzieżowa
Ocena: 8/10






Było dosyć oczywistym, że skoro przepadam za cyklem Buntowniczka z pustyni to bez wątpienia sięgnę w końcu po Opowieści z piasku i morza. Wiecie jednak, że moje dotychczasowe relacje z dodatkami można w najlepszym razie uznać za burzliwe - w najgorszym za nieudane. Przyznaję, że miałam nieco więcej ciepłych uczuć do tych nowelek niż zwykle, bo cykl główny darzę pozytywnymi emocjami, ale z drugiej strony przez długi czas odkładałam lekturę w obawie, że jeśli się zawiodę to zaboli mocniej.

Cała książeczka ma zaledwie 80 stron i skrywa w sobie 4 króciutkie opowiadania i wywiad z autorką. Całość czyta się błyskawicznie, niecała godzinka i już po lekturze.
Opowiadania, wbrew temu co sądziłam, nie są baśniami świata pustyni (nie wiem czemu, ale wydawało mi się, że ten dodatek będzie bliższy Baśniom Barda Beedla z uniwersum Harry'ego Pottera czy Baśniom Osobliwym z cyklu Pani Peregrine), ale skupiają się na tym co było przed wydarzeniami opisanymi w Buntowniczce z pustyni. Możemy więc przeczytać o jednej z akcji Ahmeda i Jina, o tym jak poznały się ich matki czy o spotkaniu matki głównej bohaterki cyklu z Bahadurem. Dla odmiany, jedno z opowiadań było dokładnie takie na jakie miałam nadzieję! Była to opowieść o Attallahu i Księżniczce Hawie czyli jedna z legend krążąca po pustyni, o której co nieco dowiedzieliśmy się podczas czytania cyklu Buntowniczki z pustyni.
Na końcu możemy przeczytać wywiad z Alwyn Hamilton - przyjemną, bardzo szczerą rozmowę, nie za długą, taką która sprawia, że autorki nie da się nie polubić.

(...) wszyscy słyszeli opowieści o ludziach, którzy 
wracali z morza z niesłychanym majątkiem. 
I wszyscy zapominali, ilu z nich w ogóle nie wróciło. 

sobota, 19 stycznia 2019

5 książek na smutki ostatnich dni

Ostatnie dni nie obfitowały w radosne historie. Nawet 3-lecie bloga, które obchodziliśmy kilka dni temu nie nadało temu tygodniowi pozytywnego blasku. Pomyślałam więc, że może Wy, tak samo jak ja, szukacie pocieszenia nie tylko wśród ludzi, ale także wśród książkowych okładek. Z tej okazji podrzucam Wam kilka czytelniczych propozycji - do namysłu, przemyśleń i refleksji.


1. Punkty zapalne. Dwanaście rozmów o Polsce i świecie, Jerzy Borowczyk, Michał Larek

To książka, w której głos zabierają wybitni reportażyści, specjaliści tematów zapalnych - ludzie, którzy wiedzą co to znaczy ryzykować życiem i tacy którzy są głosem osób, których świat nie słucha. Zachęcam Was do lektury, bo to naprawdę bardzo dobrze i szczerze napisane wezwanie by porozmawiać o dramatach świata, o bólu, wojnach, nienawiści, nacjonalizmie, przemocy...


2.  Obgadywanie świata, Jerzy Owsiak

Wiele osób już zapomniało, że Jurek Owsiak wydał książkę. To lekka lektura opowiadająca o Jego życiu, ze szczególnym wyróżnieniem bliższych i dalszych podróży. Jurek opowiada nam o zmieniającym się świecie, o inspiracji do przystanku Woodstock/Pol'and'Rock festiwal, o ludziach i o sobie. To z dowcipem napisana ciekawa historia człowieka, który uświadomił milionom ludzi na całym świecie jak cudownie jest pomagać i ile dobra możemy dać innym.

czwartek, 17 stycznia 2019

Cytat tygodnia

Zabójstwo jest zawsze zabójstwem, bez względu na motywy i okoliczności. 
Przeto ci, którzy zabijają lub przygotowują zabójstwo, 
to przestępcy i zbrodniarze, bez względu na to, 
kim są: królami, książętami, marszałkami czy sędziami. 
Nikt z tych, którzy obmyślają i zadają przemoc, 
nie ma prawa uważać się za lepszego od zwykłego zbrodniarza. 
Bo wszelka przemoc z natury swojej nieuchronne wiedzie do zbrodni.

- Krew elfów, Andrzej Sapkowski - 

sobota, 12 stycznia 2019

„Przesilenie” Katarzyna Berenika Miszczuk

Tytuł: Przesilenie

Autor: Katarzyna Berenika Miszczuk


Cykl: Kwiat Paproci
Tom: 4
Wydawnictwo: W.A.B.
Data wydania: 2017
Liczba stron: 464
Kategoria: Fantastyka, fantasy, literatura obyczajowa
Ocena: 7/10

 


Jakiś miesiąc temu sprawdzałam jak działają niektóre odnośniki na blogu i uświadomiłam sobie, że nigdy nie dokończyłam recenzji książki, którą przeczytałam już daaawno temu czyli Przesilenia Katarzyny Bereniki Miszczuk! Czas więc domknąć przygody Gosławy i opowiedzieć Wam o moich wrażeniach z tej lektury!

Przesilenie jest ostatnią książką z cyklu Kwiatu paproci i jest też pewnym zatoczeniem kręgu po wszystkich pradawnych obrządkach w roku. Mieliśmy już przygotowania do jarego święta, zielonych świątek, postrzyżyn, nocy kupały, przedślubne rytuały, a w czwartym tomie spotkamy się na Dziadach i Szczodrych godach! Jak więc sami widzicie, bogactwo słowiańskich rytuałów to mocna strona tego cyklu. ;)
 
Szczęśliwie Przesilenie jest wypełnione wydarzeniami! Z jednej strony zwyczajne życie Gosławy zaczyna się mniej lub bardziej, ale jednak porządkować, z drugiej bogowie nie pozwalają jej o sobie zapomnieć. Szczególnie problematyczne okazują się wszelkie relacje ze Swarożycem, który w końcu zażądał spełnienia obiecanej przysługi. Młoda szeptucha, znacznie bardziej doświadczona niż w chwili przyjazdu do Bielin, rozumie, że dotrzymanie złożonej obietnicy może kosztować ją bardzo wiele, ale zdaje sobie także sprawę z tego, że bogom się nie odmawia. Postanawia się jednak nie poddawać i nie tylko zrozumieć dlaczego została wybrana, ale także raz na zawsze rozprawić się z boskim zainteresowaniem.

Gosława, która podobnie jak w tomie drugim i w tym jest nieco mniej irytująca, decyduje się na wiele zmian w swoim życiu. Jest bohaterką silniejszą i odważniejszą, choć wciąż lekkomyślną. Także i Mieszko w tym tomie zachowuje się znacznie dojrzalej i odpowiedzialniej, a jego decyzje są już zdecydowanie rozsądniejsze. Niestety w tej części oprócz tej dwójki, prym wiodą bogowie, a nie ludzcy bohaterowie i tak Jaga, Sława czy matka Gosi przewijają się tylko w tle lektury co powoduje we mnie niemały niedosyt. Na szczęście jest niewielka, ale jednak, poprawa w kwestii przedstawiania bogów - wreszcie wróciliśmy do intryg, gniewu, egoizmu i tajemnic, a nie do niemego uwielbienia i przedziwnych zachowań z poprzedniego tomu.

Rozwiązania fabularne tego tomu mnie nie zachwyciły, ale z drugiej strony autorka rzeczywiście rozsądnie domknęła wszystkie historie, a kilka razy nawet udało Jej się mnie zaskoczyć. Opisy sytuacji i tworzenie tego pełnego niepewności klimatu zmęczyło chyba autorkę na tyle, że samo rozwiązanie obietnicy danej Swarożycowi zostało jak dla mnie opisane bardzo zwięźle i bez uczuć co stwierdzam nie bez żalu. 

Finalnie, tom czwarty oceniam jako godne zakończenie cyklu. Definitywnie tomy parzyste urzekły mnie bardziej niż nieparzyste (taka ciekawostka), ale wszystko było utrzymane na niezobowiązującym choć przystępnym i całkiem niezłym poziomie. Pomimo wielu fantastycznych pomysłów nie mogę powiedzieć, że cykl zostanie moim ulubionym, przede wszystkim przez główną bohaterkę i postać Swarożyca - ta dwójka bohaterów naprawdę skutecznie psuła mi lekturę - oraz przez przewidywalne prowadzenie wielu wątków fabuły. Mimo to cykl polecam, bo nie tylko poświęca sporo uwagi wierzeniom i obrzędom staropolskim, ale można w nim znaleźć też kilku doskonale skrojonych bohaterów (jak Jaga czy Ote), wiele doskonałych pomysłów fabularnych, których Wam rzecz jasna nie zdradzę, a także język autorki, która pisze naprawdę na poziomie przez co książek się nie czyta lecz się je połyka. ;)

| Szeptucha | Noc Kupały | Żerca | Przesilenie |


czwartek, 10 stycznia 2019

Cytat tygodnia

Styczeń spogląda w nowy rok, ale też ogląda się za siebie, 
żegnając mijający rok. 
Widzi przeszłość i przyszłość.

- Światło między oceanami, M. L. Stedman -

wtorek, 8 stycznia 2019

„Książę i gwardzista" Kiera Cass

 
Tytuł: Książę i gwardzista

Autor: Kiera Cass

Cykl: Selekcja
Tom: 2.5
Wydawnictwo: Jaguar
Data wydania: 2014
Liczba stron: 220
Tłumacz: Małgorzata Kaczarowska
Kategoria: Literatura młodzieżowa
Ocena: 5/10




Przeczytałam Księcia i gwardzistę czyli pierwszą z nowel ze świata Selekcji Kiery Cass. Ponieważ książka jest krótka to tym razem pokuszę się o krótką recenzję. Było bardzo miło, ale jest to książka - dodatek zrobiona typowo dla zysku. W teorii poznajemy wydarzenia znane nam z Elity od strony dwóch chłopców Americy - księcia Maxona oraz Aspena. Niestety autorka nie zrozumiała, że żeby pisać relację z punktu widzenia mężczyzny nie wystarczy pozmieniać końcówek czasowników na męskoosobowe. W efekcie otrzymaliśmy bardzo słodką i całkowicie kobiecą relację z tego jak my jako kobiety marzyłybyśmy żeby wyglądały reakcje obu męskich łamaczy serc znanych nam z cyklu Selekcja

czwartek, 3 stycznia 2019

Cytat tygodnia

Jednakże w tę wyjątkową noworoczną noc ciągle nam się wydaje, 
że zaczyna się nie tylko nowy rok, ale że zaczyna się wszystko. 
Zrobimy sobie tej nocy psychiczny remanent, wyspowiadamy się przed sobą, 
rozgrzeszymy i obiecamy, że będziemy od rana lepsi. 
Głównie dla siebie samych.

- Intymna teoria względności, Janusz Leon Wiśniewski -

wtorek, 1 stycznia 2019

Podsumowanie roku 2018


Przyszedł czas podsumowań! Życiowo był to rok pełen zmian i po 365 dniach muszę powiedzieć, że większość z nich była dla mnie korzystna. To był ciężki rok pod względem ilości pracy, wielu trudnych decyzji i jednego dramatycznego rozstania, bowiem w tym roku na zawsze odszedł mój wielki przyjaciel co pozostawiło w moim sercu sporą dziurę. Czas nie zmniejsza tej dziury, ale sprawia, że się z nią oswajam. Jednak oprócz tego bardzo wiele postanowień udało mi się zrealizować (głównie dzięki pomocy mojego ukochanego plannera, o którym opowiem Wam jeszcze w tym tygodniu!), sporo rzeczy się zmieniło i musiałam stawić czoła nowym sytuacjom, ale uważam, że w końcowym rozrachunku poszło mi naprawdę nieźle.

Także w książkowym świecie wiele się w tym roku działo. Były chwile szczęścia, ale i chwile rozczarowań. Odwołano przyznanie Literackiej Nagrody Nobla, Olga Tokarczuk za powieść Bieguni otrzymała bardzo prestiżową nagrodę przyznawaną pisarzom z całego świata - The Man Booker International Prize, Literacką Nagrodę NIKE w całości zgarnął Marcin Wicha i Jego Rzeczy, których nie wyrzuciłem, a Narodowe Czytanie okazało się narodowym skandalem ze współczesną adaptacją Przedwiośnia Stefana Żeromskiego w roli głównej. Dla mnie w tym roku najsmutniejszym wydarzeniem była śmierć niezastąpionej Ursuli Le Guin.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...