wtorek, 20 czerwca 2017

„Milczący lama. Buriacja na pograniczu światów” Albert Jawłowski


Tytuł: Milczący lama. Buriacja na pograniczu światów

Autor: Albert Jawłowski
 
Wydawnictwo: Czarne
Data wydania: 2016
Liczba stron: 296
Kategoria: Literatura faktu
Ocena: 3/10





Kultury i religie interesują mnie odkąd pamiętam. Z ciekawością poznaję i pochłania hinduizm, szamanizm, protestantyzm, katolicyzm, buddyzm, islam, prawosławie, mitologie i pradawne wierzenia. Mam nadzieję, że nikt się takim zestawieniem nie obraził, jest to zdanie złożone z czysto naukowych pobudek. Religii jest wiele i wszystkie są niezwykle ciekawe, mają niemały wpływ na kultury i społeczeństwa.

XII Pandito Chambo Lama Itigełow to niezwykle ciekawa osobistość zarówno z punktu widzenia religijnego jak i naukowego. Mało kto bowiem wie, że w Buriacji, jednym z obszarów Rosji w okolicy Bajkału i Ułan Ude, jest obszar, na którym króluje buddyzm. Gdybyśmy mieli być szczerzy – w Rosji w ogóle buddyzm ma się świetnie, w dodatku buddyzm wielu dróg. Jednak Buriacja to wyjątkowe miejsce, w którym buddyzm linii Gelug ewoluował i dziś jest to miejsce jedyne w swoim rodzaju. I właśnie w tym miejscu, w 1927 roku XII Pandito Chambo Lama Itigełow zapadł w swoją ostatnią medytację. Został pochowany, a kiedy wiele lat później go wykopano, okazało się, że trwa w pozycji medytacyjnej po dziś dzień. Jego ciało jest świetnie zachowane, nie zostało zmumifikowane ponieważ nie jest sztywne, skóra pozostaje elastyczna. Po wyciągnięciu go z ziemii mówiono, że nie ma mowy, procesy gnilne zaczną się już za chwilę. Minął tydzień. Zmniejszyła się nieco waga ciała, mięśnie usztywniły i... nic więcej. Badania naukowe przyniosły zaskakujące rezultaty - pobrane próbki były identyczne jak u żyjących. Minęły lata, a lama wciąż siedzi i medytuje. Ten temat autor porusza jednak dopiero na 200 stronie, wcześniej opowiadając historię buddyzmu w Buriacji, którą definitywnie uważa za grubymi nićmi szytą, pełną niegodziwości, oszustw, niecnych uczynków, bo lamowie są ludźmi, którzy jak ludzie się zachowują.



Naprawdę liczyłam na ciekawą książkę. Świetne wydawnictwo, doskonały, fascynujący temat, którego w polskiej literaturze raczej nie uświadczysz. Prosiło się o wspaniałą lekturę, polowałam na nią kilka miesięcy, żeby trafić na nią w dobrej cenie, zacierałam rączki.

Dostałam... No właśnie, co ja właściwie dostałam?
Na pewno wiem czego nie dostałam, a mianowicie bezstronnej opinii. Pan Jawłowski swój punkt widzenia przedstawia bardzo wyraźnie - wartościującymi określeniami i ewidentną niechęcią. Na kartach książki dowiadujemy się co nieco o przyczynach tejże niechęci, ale nie jestem w stanie zrozumieć jak autor może tworzyć książkę o tak ciekawym i niezwykłym zjawisku, nie zachowując ani grama powagi, ani nawet szacunku. W wielu momentach lektury jest zaznaczone, że buddyzm nie znosi brzydkich/niewłaściwych historii, a ja nie mogę pozbyć się wrażenia, że autor po prostu szukał przysłowiowej zaczepki. Wątpię aby rozmawiał na ten temat z buddyjskimi dostojnikami (nic w napisanej przez niego książce na to nie wskazuje), a jednak postanawia szerzyć niesprawdzone informacje o ich reakcjach na różne zdarzenia. Prawdę mówiąc, wbrew temu co mówi autor, buddyści linii Gelug może i bywają świętoszkowaci, ale na pewno nie boją się tego, że ktoś w młodości mógł z biedy i głodu podkradać jedzenie sąsiadom, nawet jeśli był to młody przyszły lama.

Faktycznie otrzymałam w książce dużą liczbę faktów podanych w prosty sposób. W wielu przypadkach brakuje mi wiedzy do ich weryfikacji, wtedy jednak ufam autorowi, że są prawdziwe. Jednakże równocześnie pan Jawłowski wiele z tych buddyjskich zagadnień podaje w takiej formie, że stają mi one kością w gardle. Dławią swoją suchością, niezrozumieniem ogólnych idei jak to działa (to oceniam w oparciu o swoją wiedzę), opierają się o przekaz książkowy i informacje od osób buddyzmu niewyznających, tymczasem buddyzm w dużej mierze opiera się o przekaz ustny. Brakuje elementu kulturalnego buddyzmu. Gdy poznałam buddystów to co rzuciło mi się w oczy jako pierwsze to ich wielkie zaangażowanie, radość i uśmiech mniej lub bardziej stonowane. Życzliwość i dobroduszność. Niezależnie od tego czy się zgadzaliśmy, czy nie, czy mieliśmy ten sam pogląd czy nie itd. Tymczasem autor chyba jednak swojego serca tej książce nie oddał, a przynajmniej ja zupełnie tego emocjonalnego zaangażowania nie czułam. Nawet jego negatywne emocje wydawały mi się negatywne z czysto literackiego punku widzenia, jako uprzedzenie do faktów, a nie wydarzeń. Niechęć do buddyzmu, niechęć do Buriacji, niechęć do tego, że wielcy mistrzowie nie zawsze byli idealni? Niechęć do tego, że od niektórych osób nie pobiera się opłat, a od dziennikarzy pobiera się ją w znaczącej kwocie? Och, nie bądźmy małostkowi, każdy musi z czegoś żyć. Poza tym myśl, że to koniecznie jest buddyjskie też jest smutna - a może miały na to wpływ czynniki społeczne albo polityczne? Nikt tu nie wszedł głębiej, autor pozostawił nas na etapie własnego niezrozumienia, niechęci i zauważalnej zjadliwości.

Zatem postawmy sprawę jasno – dostałam wielkie rozczarowanie. Punkt widzenia autora, który zamiast rozszerzać moje perspektywy od samego początku daje mi do zrozumienia, że to co opisuje to zwykłe targowisko, cyrk i bazarek. A ja głupia liczyłam na to, że autor podobnie jak ja, będzie się kierował merytoryczną dyskusją, ciekawostkami, ewentualnie przeplatanymi swoim refleksjami.

Według mnie dobry reportaż (Milczący lama należy do serii REPORTAŻ) nie pozwala sobie na tak wyraźne ocenianie sytuacji. Takie są moje doświadczenia z większości spotkań z tą kategorią literatury. Autor przedstawiał fakty, dyskutował, ale nie wartościował. Umożliwiał poznanie tematu, intrygował, czasem bulwersował, innym razem fascynował, ale absolutnie nie podkreślał na każdym kroku swojej opinii. Czytelnik miał możliwość samodzielnego wyrobienia zdania na dany temat.

Podsumowując, książka porusza ekstremalnie ciekawy temat, mamy bowiem buddyjskiego lamę, którego ciało pozostaje w pozycji medytacyjnej, w bardzo dobrym stanie od 90 lat. Niewątpliwie, fascynuje to z powodów buddyjskich, ale i naukowych. WIemy, że nie była to mumifikacja ani żadna inna znana metoda służąca zachowaniu ciała w tak dobrym stanie. Ot sól i modrzewiowa trumna. Opis historii, buddyzmu buriackiego, który tak silnie wpływa na kulturę, przy boku szamanizmu i prawosławia, no i sama Rosja – to naprawdę fascynująca mieszanka, która mogłaby przynieść niesamowicie wciągającą historię, bo to zwyczajnie jest niesamowicie wciągająca historia.

Tymczasem to co możemy przeczytać to garść faktów, poprzetykanych niechęcią autora i powierzchownością jego wiedzy. To prześmiewcze, pozbawione szacunku do innej religii, wyznanie o tym, że tak naprawdę XII Pandito Chambo Lama Itigełow jest próbą przyciągania ludzi do straganów pełnych błyskotek.

Obawiam się, że XII Pandito Chambo Lama Itigełow siedzi i milczy tylko kiedy widzi autora książki. Do innych przemawia na wiele sposobów i mogę zapewnić, że nie chodzi tylko o wyznawców buddyzmu.