środa, 27 stycznia 2016

Dlaczego nowe Gwiezdne Wojny „dają radę”?





Części: 
        IV - Nowa Nadzieja (1977), V - Imperium Kontratakuje (1980), VI - Powrót Jedi (1983)
          I - Mroczne Widmo (1999), II - Atak Klonów (2002), III - Zemsta Sithów (2005)
       VII - Przebudzenie mocy (2015)

Reżyserzy: części IV, I, II, III - George Lucas, część V - Irvin Kershner, część VI - Richard Marquand, część VII - J.J. Abrams

Gwiezdne Wojny to saga, którą znają chyba wszyscy. Owszem, nie każdy oglądał, ale każdy zna nazwisko Skywalker, Darth Vadera, R2-D2 czy inne postacie. Nie każdy jednak wie, że Star Wars to także jeden z największych, jeśli nie największy, sukces komercyjno – reklamowy. Film to wierzchołek góry lodowej, bo na Star Wars można zarobić milion razy tyle, co rynek udowadnia nam z każdym kolejnym filmem. 

Zawsze marzyłam o maratonie Gwiezdnych Wojen, bo owszem jakieś części oglądałam, ale nie wszystkie, główne wątki i owszem kojarzyłam, ale w dowolnej, niekoniecznie właściwej kolejności. Zbierałam się do tego tyle lat, że w końcu powstała nowa VII część sagi, a jednocześnie pierwsza część trzeciej trylogii. Mimo to, poszłam w zaparte, że najpierw maraton wszystkich poprzednich części, a dopiero potem wydam 30zł na kino. Jak powiedziałam tak uczyniłam i zaraz po sylwestrze w dwa dni obrobiliśmy wszystkie sześć filmów. 

Mogę Wam powiedzieć, że był to doskonały pomysł. Okazało się, że z młodości niewiele w głowie zostało, a i teraz inaczej się te filmy ogląda niż przed laty. 

Tak czy inaczej, po takim maratonie, nowa część była prawdziwym przebudzeniem mocy! Ale czy zrobiła na mnie takie wrażenie jak poprzednie?

Nie. Ale nie mogło być inaczej. Ciągłość sagi wyklucza drastyczne zmiany, forma także pozostała nie zmieniona. Publiczność za coś sagę pokochała, więc nikt nie zaryzykuje, że coś tą miłość naruszy i zepsuje.
Plusy? Niezmieniona forma. Niezmienieni aktorzy, bardzo podobne stworzenia i maszyny, logicznie prowadzona fabuła, dobre efekty. Warto pójść na seans 3D - kosmiczność i maszyneria robią swoje.
Minus? Niezmieniona forma. Trochę łzawy i przewidywalny wątek Carrie Fisher i Harrisona Forda. Choć przyznaje, starali się, żeby był taki jak najmniej.

W przypadku Gwiezdnych Wojen, podobnie jak przy innych wieloczęściowych produkcjach pojawia się odwieczny problem – lepiej by było gdyby saga ewoluowała czy została w niezmienionej formie? Gdy pytałam znajomych, większość uważała, że pomysł jest dobry, więc nie warto go zmieniać. Część jednak była rozczarowana, bo po 6 filmach część koncepcji może się już po prostu przejeść.

Jeśli chodzi o mnie to ja to akceptuję. Rozumiem, że tak już jest świat zbudowany, a fabuła jest zrobiona najlepiej jak można było przy zachowaniu właściwych widełek. Według mnie doskonała gra aktorska zrobiła swoje, szczególne wrażenie zrobili na mnie główni bohaterowie zagrani przez Daisy Ridley i Johna Boyegę

Byłam pewna, że to nie możliwe, żeby tak niedoświadczeni aktorzy dali radę po takiej wcześniejszej obsadzie. Oczekiwania były ogromne, a ja bardzo sceptyczna. Otóż to ja się myliłam, a oni fantastycznie wykorzystali tę życiową szansę. Czapki z głów za wiarygodne kreacje, które stworzyli w tym filmie.

Teraz nie pozostaje nam chyba nic innego niż w 2017 pójść na kolejną, ósmą już część sagi, po raz kolejny czyniąc Gwiezdne Wojny najbardziej dochodowym filmem w historii kina.

PS. Jestem bardzo ciekawa co Wy sądzicie nie tylko o Przebudzeniu Mocy, ale i o całej sadze. Sprostała Waszym wymaganiom? 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz