Strony

wtorek, 25 stycznia 2022

Klasyka fantastyki w wydaniu Amazona czyli ekranizacja Koła czasu Roberta Jordana

Jeden z plakatów promujących serial Koło czasu.

Przyszedł czas na recenzję serialu, który mam wrażenie, że przeszedł obok wielu fantastom. Mowa oczywiście o Wheel of time czyli Kole czasu, które na platformie Amazon pojawiło się pod koniec zeszłego roku. Serial ma osiem odcinków o długości 54-62min.

Historię opisywałam już przy okazji recenzowania Oka świata Roberta Jordana, ale część pozwolę sobie powtórzyć. Opowieść rozpoczynamy w okolicy Dwóch rzek. Poznajemy Randa, Mata i Perrina, trzech bardzo różnych, ale zaprzyjaźnionych chłopców, odważną Egwene oraz młodą Widzącą Nynaeve. Miasteczko żyje swoim życiem, dzieją się w nim mniej lub bardziej typowe dla tej okolicy wydarzenia. Ich rutynę przerywa przybycie jednej z wiedźm Aes Sedai i jej Strażnika na dzień przed świętem Bel Tine. Choć Widząca i Egwene wyczuwają coś niedobrego co wisi w powietrzu, obchody święta rozpoczynają się zgodnie z planem. Niestety, wkrótce przerywa je atak dużej grupy krwiożerczych trolloków i tak rozpoczyna się przygoda Randa, Mata, Perrina, Egwene i Nynaeve.

Szczerze mówiąc pierwsze dwa odcinki mogłabym podsumować krótko - Amazon nie uniósł ciężaru historii Roberta Jordana. Mimo tego, że początki mają to do siebie, że są niełatwe, bo muszą widza wprowadzić w nową, fantastyczną historię, to momentami miałam wrażenie, że niektóre wątki były nam wbijane do głowy raz za razem, podczas gdy inne zostały niemal całkowicie przemilczane.  Uważam też, że serial wpadł na tym etapie w pułapkę tak typową dla amerykańskich produkcji czyli zbyt łopatologicznego i trochę topornego, niezbyt ciekawego, przedstawienia historii. 

Ja byłam po lekturze Oka świata czyli pierwszej części cyklu, a dla mojego partnera serial był pierwszym spotkaniem z tą historią. Oboje nie byliśmy zadowoleni z tych pierwszych dwóch odcinków, mimo, że docenialiśmy wiele elementów serialu. Niejednokrotnie musiałam też coś dodatkowo wyjaśniać podczas oglądania. Jednak już kolejny odcinek jest znacznie lepszy, a następne podnoszą jakość produkcji co najmniej o stopień. Dlatego tym, którzy będą chcieli poznać wizualną wersję Oka świata, gorąco polecam nie poddawać się, nawet jeśli pierwsze odcinki nie do końca spełnią ich oczekiwania.

To prowadzi nas do kolejnego pytania, a mianowicie czy były istotne zmiany w serialu? Tak. Było ich naprawdę wiele i to od samego początku, ale! Ostatecznie twórcy serialu moim zdaniem wybrnęli z tego z tarczą. Nie podobały mi się zmiany w wątku Perrina (przede wszystkim implikacje wątku żony), nie podoba mi się kierunek w jakim zmierza historia Mata, nie podobał mi się także dodatek scen romantycznych. Z drugiej strony w stosunku do pierwszej części książki potrafiły przynieść sporo dobrego - odcinki, w których lepiej poznajemy kwestie strażników i Aes Sedai uważam za niezwykle ciekawe i świetnie zrobione. Widać, że zmiany fabularne były konsultowane z kimś kto zna historię od podszewki (nie byłam zaskoczona, kiedy po obejrzeniu serialu zauważyłam, że konsultowano się z Brandonem Sandersonem, który dokańczał cykl zmarłego Roberta Jordana) i nie były to losowe "tu wrzucę, tam zabiorę, potrząsnę i zobaczymy". Pewne zmiany uważam jednak za ruch konieczny, bo nie oszukujmy się, Oko świata ma ponad 900 stron - nie ma możliwości by taką książkę zekranizować 1:1. Oczywiście marudziłam, że to zmienili, tamto poprawili, a tu zepsuli, ale ostatecznie uważam, że twórcy naprawdę się postarali.

Jeden z plakatów promujących serial Koło czasu.

Podczas gdy w książce zdarzało się sporo momentów wolniejszych, dynamika wizualnej wersji historii jest naprawdę wysoka. Opowieść Randa i Mata, Egwene i Perrina jest bardzo wciągająca, ale równie, jeśli nawet nie bardziej, intrygujące są wątki dotyczące Strażników, Aes Sedai czy Białych Płaszczy. Nie wszystko jest prostą walką dobra ze złem, ta historia ma wiele odcieni szarości co dodaje dreszczyków emocji. Całość jest bardzo rozbudowana i widz bardzo szybko zaczyna rozumieć, że jeszcze sporo wydarzeń i emocji przed nim.

Jeśli chodzi o jakość ekranizacji Oka świata to przede wszystkim widać, że serial nie miał zbyt dużych środków - tę oszczędność można dostrzec. Dziwi mnie to o tyle, że sama fabuła nie zawiera aż tyle magii (jak chociażby Wiedźmin albo Cień i kość), ale być może przyznane finansowanie było jeszcze mniejsze niż sądziłam. To odbija się także właśnie na przedstawieniu magii, które nie do końca mi się podoba. Mam w tej kwestii mieszane uczucia, zwłaszcza w kontekście teatralności, ale być może to kwestia upodobań? Trudno mi to ocenić. Wydaje się jednak, że sukces pierwszej części (bo z pewnością tak wynik serialu możemy ocenić, zwłaszcza w sytuacji kiedy jego premiera następuje pomiędzy Diuną, a Wiedźminem), może skłonić twórców do zwiększenia budżetu następnej, potwierdzonej już części. Być może nie bez znaczenia jest również tegoroczna premiera najdroższego serialu w historii, którego twórcą jest właśnie Amazon. Ekranizacja historii ze świata Śródziemia Tolkiena z całą pewnością pochłania większość środków, jak i energii, wszystkich zaangażowanych, w tym również samej platformy, zatem trudno się spodziewać, że inna produkcja o podobnej w pewnym sensie tematyce uzyska więcej niż zostało to w Oku świata zaprezentowane.

Moim zdaniem naprawdę ciekawie rozegrano sprawę aktorów. Po pierwsze większość z nich, zwłaszcza z grupy wiodącej, to osoby, których nie znam. Podobny ruch zastosowano w wielu produkcjach i moim zdaniem jak zwykle jest to bardzo dobry pomysł, który ostatecznie przyniesie owoce w postaci nowych, praktycznie wykształconych aktorów oraz poczucia świeżości wśród widzów. Tam gdzie młodzi aktorzy mieli grać przerażonych, zaskoczonych, niekompetentnych, podejrzliwych tam wszystko wychodziło im niezwykle naturalnie. Niestety, gdy przyszło do bardziej wymagających scen, sytuacja trochę się zmieniła. Pod tym względem rozczarował mnie przede wszystkim Josha Stradowski, który od pewnego momentu był dla mnie aktorem jednej twarzy, a finałową scenę w jego wykonaniu przyjęłam bez najmniejszych emocji. Dla porównania, Rosamund Pike w ostatecznych scenach potrafiła poruszyć nie tylko mnie, ale również mojego partnera. Czyli da się, tylko trzeba mieć odpowiednie umiejętności. Nie da się ukryć, że akurat Rosamund Pike ma duże doświadczenie aktorskie, ale im dalej brniemy w serial tym ta różnica pomiędzy nią a młodszymi aktorami jest coraz bardziej wyraźna. Rozczarował mnie także finał w wykonaniu Marcusa Rutherforda, zwłaszcza, że spośród młodych mężczyzn, którzy opuścili Dwie rzeki, to jego polubiłam najbardziej. Muszę oddać, że na razie serial dosyć mocno spłaszczył wątek Perrina odbierając mu te fragmenty, które w książce czyniły go zdecydowanie ciekawszym, co w pewien sposób i tak umniejszyło rolę Marcusa, ale znowu, w finałowym odcinku zabrakło mi emocji. Jakichkolwiek. Liczyłam na więcej. Dla równowagi mogę dodać, że miło zaskoczyła mnie postać Nynaeve zagrana przez Zoe Robbins oraz Lan w wykonaniu Daniela Henney'a. Oboje wykonali 110% i z satysfakcją przyglądałam się jak dobrze oddają charakter swoich postaci, niemal dokładnie tak, jak było to opisane w książce. Do grona głównych postaci należą jeszcze Mat zagrany przez Barneya Harrisa oraz Egwene Madeleine Madden. Tutaj spotkała mnie niespodzianka. Przede wszystkim Barney Harris sprawił, że w końcu poczułam coś pozytywnego do postaci Mata, która w książce od początku mnie drażniła. To jeden z trudniejszych bohaterów z punktu widzenia fabuły, bo bardzo niejednoznaczny. W serialu jego mroczny rys jest podkreślony jeszcze bardziej niż w papierowej wersji Oka czasu, więc łatwo nie było, ale ostatecznie moim zdaniem zarówno twórcy jak i aktor osiągnęli cel. Znacznie bardziej skomplikowana jest sytuacja Egwene, ale skądinąd być może taka właśnie miała być. I w książce, i w serialu dziewczyna momentami się szarpie i nie wie co zrobić z sytuacją, w której się znalazła, a przede wszystkim co zrobić z uczuciem do jednego z chłopców. Z drugiej strony jest zdrowym rozsądkiem i przeciwwagą, osobą pełną uczuć, ale również odwagi. Moim zdaniem trochę za mało podkreślono pragnienie przygód Egwene, jej spokój, siłę, rozum i to, że nie poddawała się przeciwnościom, a zbyt często przypominano nam o wątku romantycznym. Czy było warto? Nie wiem. Mnie trochę tego zabrakło, a to czym te fragmenty zastąpiono kompletnie mnie nie satysfakcjonowało chociaż rozumiem, że romanse dobrze się sprzedają.

Z drugiej strony warto zwrócić uwagę, że jest to fantastyka nieco bardziej monumentalna niż Cień i kość, a przy tym bardziej klasyczna niż Wiedźmin. Nie jest jedną z wielu, fabularnie nie mogą jej przysłonić dwa wymienione przed chwilą seriale albo chociażby Diuna, bo fabuła jest jednak zupełnie inna. Oku czasu zdecydowanie bliżej do Władcy pierścieni. To sprawia, że z całą pewnością sama historia bardzo dobrze przemówi do wielbicieli klasyki. Nie będą się także nudzić osoby, które tę historię znają, bo wprowadzone zmiany ubarwiają tę opowieść i nawet jeśli nie wszystkie rozwiązania przypadną widzowi do gustu, to nadal będzie to coś nowego, pojawi się element zaskoczenia. 

Dobrze są też przedstawione postacie oraz istoty jednoznacznie negatywne. Budzą strach i słuszny niepokój, chociaż akurat w książce było tego o wiele lepiej co wprowadzało silniejsze poczucie napięcia. Mimo to, uważam ze serial znakomicie sobie z tym poradził, o wiele lepiej niż się spodziewałam biorąc pod uwagę ewidentne cięcie kosztów. Podoba mi się także może niezbyt bogaty, ale bardzo nastrojowy wachlarz muzyczny, który również kiedy trzeba było podkręcał emocje.

Ostatecznie serial oceniam pozytywnie, chociaż miał on słabsze i mocniejsze strony. Z niecierpliwością czekam na kolejny sezon mając nadzieję, że po pierwsze nie zajmie to dłużej niż rok (naprawdę nie ma tu aż tyle kosztownych scen by tak to przedłużać), po drugie, że twórcy dalej będą zaskakiwać, a po trzecie liczę także na to, że aktorzy poczują się pewniej i rozwiną swój warsztat, co zwłaszcza dotyczy Randa. Chciałabym też, aby Perrin i Egwene dostali nieco lepiej, a przede wszystkim spójniej, opracowane role.

Trailer serialu Koło czasu.

PS Muszę przyznać, że i ja, i mój partner traktowaliśmy Koło czasu jako przedsmak tego co Amazon może nam podarować w przyszłorocznej premierze serialu osadzonego w uniwersum Tolkiena. Z jednej strony jesteśmy trochę spokojniejsi, bo twórcy wydają się mieć wiele elementów przemyślanych, nie boją się wpływać na fabułę, ale z tym nie przesadzają, z drugiej mamy nadzieję, że presja sprawi, że to co nie do końca zagrało w ekranizacji książki Roberta Jordana, będzie zdecydowanie lepiej rozegrane w nowym tolkienowskim serialu. Bez wątpienia na nową produkcję ze świata Władcy pierścieni przyznano znacznie więcej środków, więc już to daje nam perspektywy poprawy kilku elementów. 

Najbardziej frapujące wydają się dwie rzeczy - pierwsza to wybór aktorów, bo jak pokazuje przykład Koła czasu, czasami doświadczenia jednak nie da się zastąpić, zaś druga to kwestia wybranej fabuły. Jaką drogę obiorą twórcy w sprawie opisywanej historii to póki co wielka zagadka, więc nie pozostaje nam nic innego jak trzymać mocno kciuki. 

Wydaje się, że od czasu Gry o tron nie było tak dobrego roku dla fantastyki jak 2021. Nie wszyscy lubią młodzieżową fantastykę, ale obiektywnie Cień i kość okazał się zaskakująco dobrze zekranizowany. Można różnie oceniać fabularną warstwę Diuny, ale moim zdaniem jakość tego filmu mówi sama za siebie. Również w uniwersum Marvela wiele się działo i wszystko wskazuje na to, że filmy oraz seriale z superbohaterami jeszcze długo będę nas cieszyć, a ich poziom z roku na rok jest coraz wyższy, chociaż akurat tutaj zawsze było na czym oko zawiesić. Ilu widzów tyle opinii na temat Wiedźmina, ale moim zdaniem ta produkcja ma ogromne możliwości i ten sezon to tylko potwierdza. Twórcy uwzględnili uwagi do pierwszego sezonu i wiele rzeczy zostało poprawionych, a jakość serialu ponownie wbija mnie w fotel. Wszystkie odcinki obejrzałam z wielką przyjemnością, nawet jeśli miałam kilka "ale". I wreszcie Oko czasu, serial tak niespodziewany jak satysfakcjonujący. Zachwyca mnie to, że twórcy w końcu wracają do klasyki fantastyki, ale także, że nie stronią od książkowych adaptacji. To daje mi nadzieję, że potencjał fantastyki w końcu został dostrzeżony i to nie tylko w wykonaniu superbohaterów. Cieszy mnie to ogromnie i mam nadzieję, że to oznacza, że część schowanych do szuflady projektów w końcu ujrzy światło dzienne!

Wszystkie ilustracje pochodzą z filmweb.pl zaś trailer z serwisu YouTube.pl