Strony

środa, 29 listopada 2017

„Tryptyk wschodni. Chiny, Tybet, Mongolia" Elżbieta Sęczykowska


Tytuł: Tryptyk wschodni. Chiny, Tybet, Mongolia

Autor: Elżbieta Sęczykowska



Wydawnictwo: Edipresse Książki
Data wydania: 2017
Liczba stron: 368
Kategoria: Literatura podróżnicza
Ocena: 5.5/10





Znacie moje upodobanie do różnych wyznań, więc sięgając po książkę Elżbiety Sęczykowskiej miałam ogromne nadzieje, ale i oczekiwania. Autorkę obserwowałam od dawna, gdyż Tryptyk wschodni nie jest jej pierwszą książką o interesujących mnie zagadnieniach - wcześniej były wydane lektury o Tybecie i Mongolii. Obie książki zebrały dosyć umiarkowane oceny na portalu Lubimy Czytać, ale jednocześnie trzeba zauważyć, że opiniodawców było bardzo niewielu. Postanowiłam, że muszę to sprawdzić i dlatego bardzo się ucieszyłam z możliwości, którą dało mi Wydawnictwo Edipresse Książki umożliwiając mi recenzję Tryptyku wschodniego. Dziękuję. :)

Tryptyk wschodni to opowieść o wyprawach autorki do trzech miejsc - Chin, Tybetu i Mongolii. W każdym z nich panują nieco inne warunki życia czy kultura, choć wszystkie znajdują się niedaleko siebie. Autorka swobodnie opisuje wszystkie przygody, własne odczucia i wrażenia, ale także pewne konotacje historyczne, kulturalne, geograficzne, a wszystko to jest przystrojone naprawdę pięknymi zdjęciami. Jest to naprawdę niezwykłe spotkanie z innym światem. Dodam jednak, że trzeba się przygotować na dosyć osobliwą formę relacji wypełnionej prywatnymi odczuciami autorki i bohaterki książki w jednym, a nie na obiektywną formę literacką, której wiele osób chyba po książce się spodziewało.

Tryptyk wschodni jest ciekawy i całkiem wciągający, opisuje piękne choć często bardzo ubogie i zniszczone miejsca oraz różnorodne wydarzenia, które możemy nie tylko poczuć pod wpływem inspirujących słów, ale także zobaczyć na naprawdę dobrych zdjęciach. Każda część składa się z tematycznych podrozdziałów, a rozdziały muszę ocenić osobno, bo o każdym mam nieco inne zdanie.

Zacznijmy od części chińskiej, która wbrew pozorom, oprócz męczącego mnie początku, bardzo mi się spodobała. O Chinach wiem bardzo niewiele, dlatego ta część tryptyku była dla mnie inspirującą przygodą, przyjemną, nieprzeciążoną szczegółami, a interesującą historią. Tutaj w zasadzie nie mam żadnych zastrzeżeń, co po części może wynikać właśnie z tego, że moja wiedza nie była szeroka zatem nie mogłam zweryfikować zamieszczonych w książce informacji. Zaznaczam to tak wyraźnie ponieważ będzie to miało ogromne znaczenie w części drugiej o Tybecie.
Część tybetańska to ta, która interesowała mnie najbardziej, bo i moja wiedza jest w tym temacie największa. Nie ukrywam, że choć autorka pisze ciekawie zgłębiając wiele tematów, to część najbardziej oczywistych pozostawia niewyjaśnionych lub po prostu błędnie przedstawionych. Do tej części mam kilka zarzutów natury merytorycznej. Po pierwsze - Tybet rzeczywiście jest miejscem wielu wyznań, ale są jednak one odrębne. W tybetańskiej części Tryptyku wszystko miesza się w jedną religię, a nie powinno. Po drugie - pejoratywnie kojarzące się słowo sekta. Jeżeli katolicy i prawosławie to nie sekty, to dlaczego zostali nią Gelugpowie? Buddyzm tybetański ma cztery równorzędne szkoły - Kagyu, Ningma, Sakja i Gelug. Oczywiście, są kontrowersje dotyczące Karmapy, ale to jeszcze nie powód by kogoś degradować do sekty. Z całym szacunkiem, Gelugpowie nie są sektą, a szkołą, a autorka z nieznanych mi przyczyn używa tych słów zamiennie. Dodatkowo zastanawiam się, dlaczego choć istnieją cztery szkoły, to w książce pojawia się jedna (istnienie pozostałych nie jest nawet wspomniane?)? Za to pojawiają się Marpa i Milarepa - jedni z najważniejszych mistrzów... Szkoły Kagyu. Innym razem w książce wspomina się o Padmasambhavie i jego uczennicy Yeshe Tsogyal, którzy z kolei są podwaliną szkoły Ningmapów. Ale o tym także autorka nie wspomina. Prawdziwy miszmasz.

Drugim moim problemem jest katolickie podejście do tematu - kiedy ostatni raz sprawdzałam buddyści nie popełniali "grzechów", nie mieli "różańców" ani "dusz", a to co wykonywali podczas wejścia na górę to część ich praktyki - pokłonów, więc historię o "padaniu plackiem" można by nieco złagodzić, tak by jednak oddać szacunek osobom, które wyznają tę religię. W kilku innych miejscach także wypadałoby złagodzić przekaz, bo elementarny szacunek, do nawet dziwnych dla nas obyczajów, jest pożądany. Skoro autorka mówi o thankach i purbach to z pewnością powinna też sprawdzić, że buddyjski sznur modlitewny nazywa się malą, a katolicki różańcem. Nie raziłoby mnie to gdyby powiedzieli to ludzie, którzy dopiero co zaciekawili się tematem. Określenie "buddyjski różaniec" pomaga takie rzeczy oswoić, zwłaszcza w naszym katolickim kraju. Ale w książce podróżniczo - reportażowej?
Prawdę mówiąc, zabrakło mi tej części tryptyku naprawdę dobrego researchu i choć wiem, że autor ma prawo do własnego poglądu w książce, to mnie on nie odpowiada i uważam, że po raz kolejny oddalamy się od rzetelnego przedstawienia buddyzmu. Nie zmienia to jednak faktu, że podziwiam, że autorka opowiada o Mahakali, pokłonach, purbach, thankach w ogóle co nie jest częste w polskiej literaturze, choć zdecydowanie wolałabym aby było to zrobione bardziej sumiennie.
Muszę także wspomnieć, że choć pani Sęczykowska próbuje nieco szokować wyciągając wiele "ciekawych" historii o tantrach, Tybetańskiej Księdze Umarłych czy niektórych bardzo nietypowych, rzadkich i niezwykle ludowych praktykach itd., to robi to z niezwykłym wyczuciem godnym podziwu.

Nie umniejsza to jednak faktu, że część tybetańska mogłaby być bardzo dobra. Niestety, okazało się, że jest mieszanką ciekawych faktów ze szkodliwymi informacjami oraz niesłusznymi opiniami co w moich oczach istotnie wpłynęło na jakość lektury. Tutaj jestem mocno na nie.

Trzecia część tryptyku to historia Mongolii, ciekawa choć trochę zbyt dużo dla mnie w niej prywatnych wydarzeń z życia autorki. Nie zmienia to jednak tego, że była dla mnie znacznie przyjemniejsza od tybetańskiej, choć w moim odczuciu nieco słabsza od chińskiej. Wszystko było dosyć spójne, ciekawe, mogliśmy poznać historię od środka, od ludzi. Spodobał mi się ten sposób narracji, choć no właśnie - zbyt dużo prywatnych historii. W tej części także pojawia się buddyzm, ale przede wszystkim szamanizm! Jak dla mnie był on znacznie lepiej opisany niż buddyzm, przez chwilę zastanawiałam się nawet czy autorka nie zasięgnęła języka u specjalisty!

Gdyby nie był to tryptyk, a książka z relacją z Chin i Mongolii - poleciłabym Wam ją z czystym sumieniem. Było ciekawie, klimatycznie, a nawet wciągająco! :) Niestety, książka posiada także część tybetańską i to sprawia problem, ponieważ uważam, że choć w wielu momentach opowiada niezwykłe i prawdziwe historie to miejscami szerzy ona także mocno niesłuszne rzeczy. Z tego powodu namawiam Was do czytania tej książki ze sporym dystansem. O ile z pierwszej i trzeciej części tryptyku według mnie można się w bardzo przyjemny sposób naprawdę sporo dowiedzieć, o tyle część druga to mieszanka faktów, niedopowiedzeń i jak dla mnie osobistych wrażeń autorki.

Za możliwość recenzji bardzo dziękuję Wydawnictwu Edipresse Książki.