Strony

niedziela, 22 października 2017

„Pogromca lwów” Camilla Läckberg

 
Tytuł: Pogromca lwów

Autor: Camilla Läckberg

Cykl: Saga o Fjällbace
Tom: 9
Wydawnictwo: Czarna Owca
Data wydania: 2015
Liczba stron: 432
Tłumacz: Inga Sawicka
Kategoria: Kryminał
Ocena: 6/10




Po dłuższym czasie przerwy od pani Läckberg i pod wpływem informacji o zbliżającej się premierze kolejnego tomu cyklu, postanowiłam sięgnąć po Pogromcę lwów.

-Człowiek potrafi znieść znacznie więcej, niż myśli.
(...)Nie jestem bardzo wierząca, ale mówi się, że Bóg
nie nałoży nam na ramiona ciężaru większego,
niż będziemy w stanie unieść. Widocznie wie, że potrafię wiele znieść.

Po ośmiu wcześniejszych tomach miałam dosyć ugruntowane wrażenia co do literatury pani Läckberg. Jak dla mnie Saga o Fjällbace to kryminały obyczajowe, w których praktycznie tyle samo miejsca zajmuje dochodzenie kryminalne co wydarzenia z prywatnego życia bohaterów. Skądinąd wydarzenia te bardzo doceniam, bo autorka z niesamowitym wyczuciem opowiada o depresji poporodowej, o śmierci, przemocy domowej, poronieniu... Bohaterowie nie mają łatwo. Ich dzieci nie są doskonałe, małżeństwa i decyzje też nie. Jeśli chodzi o zagadki kryminalne, początki zawsze są bardzo dobre. Później raz jest lepiej, raz gorzej, ale od pewnego momentu niezmiennie przewidywalnie.


Nie inaczej było i tym razem. W Pogromcy lwów ponownie spotykamy się ze znanymi nam bohaterami. Erica jest w trakcie pisania książki o „strasznym domu”, a na Patricka i jego przyjaciół z posterunku spada ciężki i trudny obowiązek prowadzenia śledztwa w sprawie porwań i ciężkich okaleczeń młodych dziewcząt. Ponownie spotykamy także przyjaciół i rodzinę bohaterów, szczególnie Martina, Annę i Dana, Mellberga i Ritę czy mamę Patricka, więc na nudę nie będziemy mogli narzekać.

To jedna z wielkich zalet posiadania dzieci: nie ma cię jeden dzień,
a witają cię, jakbyś wrócił z podróży dookoła świata.

Autorka ponownie porusza się po znanym już nam schemacie retrospekcji, ponownie dostaniemy szansę buszowania po życiu prywatnym bohaterów. Ponownie sprawa kryminalna jest wciągająca choć pod koniec już przewidywalna. Ponownie spotkamy się także z trudnym tematem, tym razem będą to przede wszystkim utrata kogoś bliskiego, trudne dzieci i trochę zmęczenie materiału.

To co jest w książce nowe (i będę na to teraz narzekać...) to tym razem autorka była dla mnie zbyt szybka i nieautentyczna. Zabrakło mi emocji w sprawie Anny, były przemyślenia, były wydarzenia, szast prast i po sprawie. Podobnie sprawa się miała z mamą Patricka, której zabawny wątek można było spokojnie chwilę przeciągnąć i przedstawić kilka zabawnych sytuacji, a autorka zdecydowała się na błyskawiczne i nieszczególnie wiarygodnie przedstawione rozwiązanie czy Martinem, w którym emocje wybuchały równie nagle co znikały w dodatku wcale mnie nie przekonując. Przyzwyczaiłam się do stopniowania i przeciągania autorki, które choć bywało przesadne to „dawało alibi” dalszym wydarzeniom. Pogromca lwów może nie przeciągał, ale też odbierałam pewne wydarzenia (dotyczyło to obyczajowej części lektury), które powinny stanowić ciągłość, jako zlepek bezładnych sytuacji, prowadzących od punktu A do punktu B.

Doskonałość jest skazana na unicestwienie. Równowaga musi zostać zachwiana.

Zatem podsumowując – Pogromca lwów to Camilla Läckberg do której już się przyzwyczailiśmy, produkt pewny i sprawdzony, niezawodny (pomimo mankamentów) choć dosyć przeciętny. Mimo to liczę na Czarownicę, mam nadzieję, że przynajmniej powróci płynność fabuły.

PS Trochę poczytałam Waszych opinii, z częścią się zgadzam, a z częścią nie. Jednak na pewno będę bronić jak lwica wątku Anny. Jakkolwiek przyznaję rację, że Anna początkowo była wybitnie irytująca, to jednak jeśli spojrzymy na sytuację od wewnątrz, weźmiemy pod uwagę dotychczasową historię Anny, jej wcześniejsze życie pod skrzydłami starszej siostry, dzieci i inne zobowiązania to można to zrozumieć. Później rzeczywiście staje się trochę rozmemłana, ale z drugiej strony częściowo ją rozumiem, bo sytuacja po prostu ją przerosła. Tymczasem autorka dokonuje naprawdę trudnej i bolesnej przemiany nie wykorzystując do tego efektownych zabiegów, a zwykłe codzienne życie.